niedziela, 6 stycznia 2013
Kontynuacja Rozdziału I
Stała ona przy stole zajmującym całą długość ściany, nakrytym białym obrusem. Pełno na nim było wyszukanych serów, deserów, a ponadto kawa,herbata,poncz i nie brakowało oczywiście syntetycznej krwi Fusion.Patrzyła się w prost w piękne oczy Shanny stojącej tuż obok Heather , z jej oczu można było wyczytać niepokój. Bała się.
Starsza siostra zrobiła pierwszy krok, a raczej drugi , trzeci , czwarty, bardzo dużo kroków i znalazła się na wprost Caitlyn. Była nie pewna swojego postępowania, jednakże dusza zwyciężyła Uścisnęła ją serdecznie po czym dała znać aby Heather podeszła.
Skinęła głową i powlokła się do nich z grymasem na twarzy.
- Heather, poznaj moją młodszą siostrę Caitlyn. - Podekscytowana pani Dragonesti przedstawiła Hether siostrę.
- Miło cię poznać- Przywitała się z nonszalancjom
- To mnie jest miło- Heather nudziły te wszystkie poznawania nowych ludzi lecz bycie żoną kogoś tak znanego jak ona sprowadzały do wszelkich balów i korespondencji gdzie za każdym razem poznawała nową twarz. Problem tym razem leżał gdzie indziej. Chodziło o Tina , nie chciała aby spotkała go przykrość, traktowała go jak własnego syna i nie chciała aby spotkała go troska czy nieszczęście. Chłopczyk i tak był zawiedziony, brakiem dziadka na zabawie, różne typu wymówki nie działały. Wiedział że gdyby tylko dziadek się dowiedział o jego naturze, nazwał by go kreaturą. - To ma być dziadek ?- Heather prychnęła w duchu.
*
Heather miała chwilę spokoju, gdyż w przerwie w meczu Bethany pobiegła zagrzewać swoją drużynę do boju,a bliźniaki były z Radinką. Dołączyła do zabawy z Coco, młoda zmiennokształtna, miała piękne złociste włosy, sięgające do bioder. Kobiety podzieliły się na ćwiartki robiąc jej pojedyncze, malutkie warkoczyki.
Heather gorączkowo spoglądała w stronę sióstr, rozmawiały o czymś napięcie. Z pewnością Shanna uświadomiła jej istnienie wampirów, nasze kochane życie. Głupcem był każdy który to odrzucał,miała męża wampira i co z tego ? Kochała go jak nigdy nikogo, był częścią jej popapranego życia. Emma, Shanna, Toni i reszta kobiet znajdujących się tu zaryzykowały i dostały to o czym nigdy nie marzyły.
Sean był głupcem nie potrafiąc tego zrozumieć, ranił wszystkich na swojej gnijącej stronie. Jak w ogóle dowiedział się o istnieniu wampirów? To on był kreaturą.
Heather zmarszczyła brwi przypominając sobie ostanie spotkane z tym dupkiem.
- Jak się cieszę - uśmiechnął się promiennie pastor Phil- Miło spotkać tu kogoś z Diakonów Ludzi Wiary
- Tak, zgadza się jestem diakonem Ludzi Wiary- odparł dumnie Sean- I nie chcę aby ktokolwiek chrzcił mojego wnuka w tym wykopalisku trupów.
- Wyjaśnijmy sobie pewne rzeczy , Panie Whelan. Nie zamierzam się z panem kłócić, ani szarpać. Z kolei nie spodziewam się tego po panu . Prawdę mówiąc nawet nie przyszło by mi do głowy że ma pan na tyle honoru by nie psuć chrztu Sofi.. Ale oczekuję jednego : Że okaże się pan na tyle mądry i ustąpi pan,potem możemy stoczyć walkę na śmierć i życie. Przebywając w tym pomieszczeniu musi pan szanować wszystkie nasze decyzje - Jean-Luc nie dawał za wygraną
Oczy Seana zwęziły się w szparki, Heather zauważyła, jak zaciska nerwowo szczęki.
- Wstąpił pan,a raczej wstąpiłaś gnido na zła drogę, czekaj aż ktoś się na tobie zemści- powiedział zapalczywie.
Jean-Luc prychnął;
- I to mów człowiek który przyjaciołom odmawia wszelkiej wartości , kobietę sprowadzą do roli robota i który trzyma w ryzach swoich pracowników wzbudzając poczucie winy i odrazę - Jean-Luc zaśmiał się cicho, ale nie był to śmiech radosny , brzmiała w nim groźba, która zjeżyła Heather włosy na głowie.- Niech pan nie będzie powściągliwy w osądzaniu bliźnich, może pan zacząć od oczyszczania własnego domu.
Sean poczerwieniał, z sykiem wciągnął do płuc powietrze i już szykował się do riposty, z której by wynikało, że jego przekonania co do wampirów są najsłuszniejsze pod słońcem , a wszystkie inne błędne, ale Jean-Luc mu przerwał. Tonem mrożącym krew w żyłach, a Heather przejął trwogą, mimo że jego gniew w żadnym stopniu nie był skierowany do niej.
Zwrócił się do niego :
- Ma pan dwa wyjścia. Może pan zostać i jak prawdziwy dziadek być na chrzcie
wnuczki., co oznacza że będzie pan miły i cichutki , a swoje niezadowolenie i cholerne przekonania zostawi pan dla siebie. Drugie wyjście: Wynocha z tond i nie wracaj. Nigdy. Proszę zdecydować. Teraz.
Sean przechodził wewnętrzne piekło i gdy tylko wróciło mu tętno warknął :
- Nie będziesz o tym decydował! Za żadne skarby nie posłucham francuskiego wampirka który myśli że pozjadał wszystkie rozumy świata.
Odwrócił się w stronę zdezorientowanej Shanny która przed sekundą przyszła.
- To miejsce jest akurat odpowiednie dla ciebie. Jeszcze tu wrócę - warknął i wyszedł z kaplicy zbudowanej dla wampirów.
Przez Heather przeleciały ciarki. Jak ona go nienawidziła, w życiu nie widziała okropniejszego człowieka. Cody przy nim to było niewiniątko.
Z boiska wydawało się usłyszeć ostatni gwizdek, przeprosiła dziewczęta i ruszyła w stronę Jean-Luca.
Szedł on razem z Romanem, chichotali i się wydurniali, za nimi biegł Tino pogwizdując co pare centymetrów.
- Witaj kochanie- objął ją ramieniem i pocałował w policzek.
- Witaj- mruknęła- Śmierdzisz potem- odepchnęła go szybko
- Przesadzasz - odpowiedział obwąchując pachy
- Wcale nie - wtrąciła się Shanna. Była bez Caitlyn, gdzie poszła? I to właśnie teraz, gdy mecz się zakończył i mogła poznać siostrzeńca?
- Nie podoba wam się nasz męski zapaszek ? - drwił Roman
- Skądże, jest cudowny. Aż szczypie w oczy - Shanna udawała słodką
- Mamusiu, widziałaś mnie jak gram? - z entuzjazmem Tino wyskoczył w górę i wylądował tusz koło Mężczyzn.
- Widziałam skarbie byłeś super - pogłaskała go po kręconej blond czuprynie
- Tato, tato! - W ich stronę biegła radosna jak zawsze Bethany
- Słucham cie ?- Nachylił się nad przybraną córką i puścił jej oczko
- Moglibyśmy zostać u Tina na pare dni, w Texasie jest nudno.
Jan-Luc zmarszczył brwi na radosny okrzyk Constantina.
- Tato, mogą, mogą? - Tino wyszeptał ze żarliwością w głosie.
- Jeżeli wujek Echarpe się zgodzi - Roman popatrzył się wyczekująco na Jean-Luca
Stał on prosto patrząc się przed siebie, udawał. Nigdy, ale prze nigdy nie odmawiał Bethany, zawsze to Heather była tą złą. Nie chała rozpieszczać córki. Ona również przybrała wyczekującą pozę. Heather odetchnęła w duchu, odpocznie sobie od Texasu.
- Oczywiście że zostaniemy- odparł w końcu- I tak za tydzień musielibyśmy przyjechać, na coroczny bal - dodał mówiąc głośno i wyraźnie, starając się przebić triumfalne okrzyki dzieci
Znienacka Roman usłyszał trzask z pola i wszyscy zgromadzeni obrócili się w jego stronę, ktoś w ogrodzie prowadził walkę. Ian walczył z jakimś cieniem, przerażeni Roman i Jean-Luc wybiegli wampirowi na pomoc.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Oby tak dalej,
OdpowiedzUsuńMoja druhna rządzi.
Kocham Cię chrześniaku ;**
Usuń